Rok temu nie zdołałam zająć się żywą choinką. Miałam pojechać, wybrać, udekorować jak z Pinteresta. Musiała wystarczyć sztuczna, by starszy syn nie był zawiedziony, że nie ma żadnej.

- W przyszłym roku będzie idealnie - mówiłam sobie.

Przed tegoroczną Wigilią też nie zdążyłam. Ba! Nie zdążyłam zrobić sałatki, planowany filmik na YouTube renderował się 10 godzin, a gdy zaczynałam sprzątać w jednym kącie domu, moje dzieci w drugim robiły jeszcze większy bałagan.

Nie zdążyłam ubrać swojej sztucznej choinki na czas. W Wigilię po śniadaniu dekorowaliśmy drzewko z dziećmi. Jedno zawieszało ozdoby, drugie, 1,5-roczne, też starało się mieć swój wkład, więc siało kreatywny zamęt, przewieszając plastikowe bombki (nie zaryzykuję przy nim szklanych).

Nie zdążyłam wyprasować obrusów, nie wszystkie firany w całym domu zdążyły wylądować w pralce. Nie zdążyłam kupić wymyślnych, super trafionych prezentów. Nie zdążyliśmy z rodziną zrobić sobie pozowanego zdjęcia, by móc - według najnowszej mody zza oceanu - wysłać je najbliższym z najlepszymi życzeniami.

A po dzisiejszej Wigilii stwierdzam, że zdążyłam zrobić wszystko. I zapewne zdążę jeszcze więcej.

Zdążyłam kupić dziecku kolorowe światełka na nasze sztuczne drzewko. Żółte mogą pięknie prezentować się na zdjęciach, ale mój synek marzył o feerii barw.

- Mamo, tak, one są cudowne! - wykrzyknął 5-latek, gdy w piątkowy wieczór sprawdzałam przy kontakcie, czy aby działają.

Zdążyłam przeczytać mu bajkę na dobranoc, czytając przez całą godzinę, bo nie mógł zasnąć. Mój mąż zdążył ułożyć z nim gigantyczny zestaw z klocków, który czekał na odpowiedni moment jeszcze od Mikołajek.

Zdążyłam przejechać się z nim dzisiaj przez miasteczko z prędkością 20 km/h, gdy wracaliśmy z Wigilii u rodziny. Zdążyłam śmiać się w głos, gdy na widok każdego upstrzonego lampkami domu moje dzieci mówiły po kolei „wooooow”, choć 1,5-roczniak nawet nie ma pojęcia, co to znaczy i po prostu papugował brata.



Zdążyłam podziwiać ich taniec wokół choinki, która świeciła się nowymi, kolorowymi lampkami w ciemnym domu.

A w końcu zdążyłam odebrać wielki uścisk i szczere „dziękuję” za skromny prezent, którym syn bawił się cały wieczór.


- Mamo, czy możemy jutro wybrać się na wieczorny spacer? - zapytał na koniec mój 5-latek.

Chwila zastanowienia. Dlaczego nie? Czemu nie przejść się z dzieckiem wieczorem, podziwiając lampki w przydomowych ogródkach?

To, co najważniejsze, zdążyłam i zdążę zrobić. Nie będę oceniać swoich Świąt przez pryzmat połysku podłogi.