Strasznie ciekawa scena rozegrała się niedawno na moich oczach. Nie podsłuchiwałam, ale słuchałam, bo wypowiadające się panie stały blisko i mówiły głośno. Zresztą, pani - nazwijmy ją B - zdawała się celowo mówić podniesionym głosem. Wydawało mi się, że pani B jest matką (lub teściową) pani A i że jest psychologiem lub ma jakieś pokrewne wykształcenie. A dialog wyglądał mniej więcej tak:


(dziecko, na oko 5-letnie, szamocze się, kopie i krzyczy pod sklepem; matka - pani A - próbuje je ucziszyć)


- Uspokój się!
- Nie! - woła maluch.
- Mówię ci, uspokój się, bo nigdzie nie pójdziemy.
- Ja chcę to autooooooo!
- Masz być w tej chwili cicho. Żadnego auta nie będzie!


Ręce oparła na biodrach i czeka. Nic nowego, myślę sobie. Raz czy dwa miałam podobne przejścia z synem. Minęłam ich pakując zakupy do stojącego obok samochodu. Ze sklepu wychodzi pani B.

Czytaj dalej...